aktualności
- Brugi AKTYWNIE na Facebooku | 11.10.2011
- Prezentacja nowej kolekcji Brugi | 01.09.2011
- Święto kolarzy górskich | 25.08.2011
- Brugi towarzyszy skoczkom narciarskim | 21.07.2011
- Zapraszamy na Hel | 07.07.2011
- Podsumowujemy sezon z Brugi | 22.03.2011
- Zima z Radiem Zet | 04.02.2011
- Brugi Winter Trophy | 31.01.2011
- Narciarze walczą o medale Brugi | 24.01.2011
- Brugi wspiera siatkarskie mistrzynie | 14.12.2010
- AST Odyseja Jesienna | 08.10.2010
- Z Brugi na kraniec świata | 03.09.2010
- Zawody Drużyn Ratowniczych | 26.08.2010
- Zabawa z Brugi na polskich plażach | 27.07.2010
- Zabytkowe pojazdy i Brugi - Finał | 14.07.2010
- Morocco Brugi Expedition 2010 | 09.06.2010
- Mistrzostwa Beskidów w GRASSKI | 08.06.2010
- Zabytkowe pojazdy i Brugi | 31.05.2010
- AST Wiosenna Odyseja Rowerowa | 11.05.2010
- Brugi mobilizuje turystów | 10.03.2010
- Ruszyła alleZIMA | 18.01.2010
- Zawody z orkiestrą w tle | 14.01.2010
- AST Winter Trophy | 07.12.2009
- Jagna dwa razy na podium | 01.12.2009
- MP w Zakopanem | 12.10.2009
- Złoty medal Jagny Marczułajtis | 29.09.2009
- Mistrzostwa Świata w Grasski | 28.08.2009
Morocco Brugi Expedition 2010
Kolejna wyprawa za nami. Kolejny kawałek świata uchylił rąbka tajemnicy. Nikt z nas nie spodziewał się tak udanej wyprawy. Owszem, mieliśmy nadzieję na spędzenie fajnego czasu w odmiennej kulturze. Jednak piękno i różnorodność krajobrazu, jaki ma do zaoferowania Maroko zaskoczyło nas kompletnie.

Trasę marszruty zaplanowaliśmy na trzy tygodnie. W tym czasie postawiliśmy sobie za cel dotrzeć na pustynię, zdobyć najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego i zarazem najwyższy szczyt Afryki Północnej – Dżabal Tubkal (4167m), przemierzyć dwie piękne doliny w okolicach Marakeszu i na koniec, w ramach odpoczynku, przez dwa ostatnie dni zwiedzać magiczny Marakesz. ŻADNEGO POŚPIECHU. Żadnych określonych terminów. Podróżowaliśmy oczywiście normalnymi środkami komunikacji używanymi przez mieszkańców tej ziemi. Spaliśmy w grotach w górach, w namiotach Berberów na pustyni, w górskich schroniskach i tanich hotelach. Jedliśmy tażin, kuskus, mnóstwo zieleniny i cale kilogramy kóz i baranów.
Poza założonym planem dotarliśmy do wspaniałego starożytnego portu As-Sawiry, miasta którego nazwę myliłem na tysiące sposobów, ale chyba nie byłem pierwszy, ponieważ mieszkańcy przyjmowali to z dużym spokojem.

Czy można zwiedzić Maroko w trzy tygodnie? Oczywiście można przemknąć przez kraj autobusem i na Japończyka zarejestrować miejsca, przez które pędzi autobus. Jednak nie polecam. Po wielu wyprawach, które odbyłem w życiu mogę powiedzieć, że im dłużej podróżuję tym bardziej moje wyprawy przypominają wyjazd na Mazury. Nie stawiamy sobie nierealnych celów. Nie układamy sobie trasy „na zaliczenie”. Zawsze są to dwa, trzy miejsca, w których zostajemy po kilka dni. Jeśli gdzieś spodoba nam się bardziej, po prostu na miejscu zmieniamy plany i sami decydujemy, jak długo tu pozostaniemy. Czasem świadomie rezygnujemy z dotarcia do jednego ze wstępnych celów – bo właśnie poznaliśmy ciekawych ludzi, jesteśmy właśnie w ciekawym miejscu i ta chwila jest ważniejsza niż wszystkie inne podczas wyprawy. Tak było i tym razem. Nie planowaliśmy wyjazdu do As-Sawiry – a okazała się ona tym punktem wyjazdu, który najbardziej pamiętamy. Tam poznaliśmy Amida, który zmienił nasze postrzeganie Marokańczyków. Dał się poznać jako prawdziwy druh, otwarty na świat i ludzi, a przy tym kompletnie bezinteresowny. Spędziliśmy z nim 3 dni, podczas których dowiedzieliśmy się więcej o życiu Marokańczyków, ich historii, marzeniach i patrzeniu na świat – niż podczas wielu rozmów w trakcie całej podróży. Przeszliśmy przyspieszony kurs przełamywania własnych uprzedzeń. Przez pierwszy dzień, pełny skrajnych emocji, podejrzewaliśmy go o to, że za chwilę dowiemy się, że jest dealerem narkotyków i zaproponuje nam przewiezienie drobnej paczki do Polski, gdzie na lotnisku ktoś ją odbierze (takie propozycje zdarzały się już w wielu krajach podczas podróży). Później czekaliśmy na to, ze zaprowadzi nas do jakiegoś sklepu i zaproponuje interes życia. Nic z tego. Okazał się po prostu człowiekiem ciekawym świata, a do tego świetnym towarzyszem.
I o to chodzi tak naprawdę w naszych podróżach. Jak każdy chcemy zobaczyć kilka polecanych miejsc. Przecież nie jesteśmy Wojtkiem Cejrowskim i nie możemy jak on wyjechać na rok czy dwa... Mamy po prostu trzy tygodnie na wyprawę, na oderwanie się od pracy, dzieci i żoną Czytamy przewodniki, oglądamy filmy i nasza wiedza na temat kraju jest wiedzą dość powszechną. Jedyna istotna cecha naszych podróży to fakt, że jesteśmy gotowi zmienić plany, kiedy spotkamy ciekawych ludzi lub jakieś niezwykłe miejsca.

Podczas tej wyprawy również przeżyliśmy takie chwile, które nas zaskoczyły i zapadły w pamięć. Dzięki lokalnemu przewodnikowi Momo trafiliśmy na trekking do mało uczęszczanej Doliny Różanej. Dlaczego taka nazwa – odpowiedź jest bardzo prosta – skały w tej dolinie mają piękny czerwony kolor. Te formacje skalne na tle dość szarych i kamienistych gór otaczających dolinę wyglądają olśniewająco. Na dnie doliny spędziliśmy noc w chacie pasterza. Trudności komunikacyjne sprawiły, że większość nocy spędziliśmy na machaniu rękami i pokazywaniu na migi, o co nam chodzi. Pomimo tego nic z tego wieczoru nie ulegnie zapomnieniu. Pierwszy kontakt z prawdziwymi Marokańczykami. Takimi, dla których turyści to nadal niezwykła odmiana. Dla nich podróżnik to człowiek z innego świata, a nie tylko chodzący portfel, z którego należy wybierać garściami. Tu pierwszy raz poznawaliśmy inną kulturę. Patrzyliśmy jak jedzą gospodarze, jak wygląda hierarchia w tradycyjnym domu Berberów, jak zasiadają do kolacji i jak traktowani są goście w domu. Dowiedzieliśmy się, że nasz gospodarz sam przez cztery lata zbierał materiał na budowę swojego domu, a potem w pojedynkę wybudował wielki bunkier wysoki na pięć metrów, z pięcioma sypialniami, prymitywną toaletą i kuchnią ciemną jak diabli, w której nie ma żadnego otworu na dym z paleniska. Wytrzymanie tam choćby pięciu minut po rozpaleniu ognia to prawdziwy wyczyn. Dłuższa wizyta sprawia, że normalny człowiek traci przytomność. Kobiety Berberów codziennie gotują tam trzy posiłki….
Niestety ograniczenia naszego języka migowego nie dały nam szansy dowiedzieć się, po co mu była tak ogromna chałupa – skoro mieszka tam z żoną, dwójką dzieci i dziadkami…

Rano wyjechaliśmy na pustynię. Jedno z tych miejsc, które były na naszej liście. Oczekiwania mieliśmy więc niemałe. Dojechaliśmy do dużego pasa wydm w okolicach miejscowości Merzouga . Prowadzi do niej normalna szosa – więc dojazd tu nie jest wielkim wyczynem. Niestety jak to zwykle bywa – tam gdzie jest droga i coś ciekawego do zobaczenia – tam są też setki wielkich potworów zwanych autokarami, wypełnione po brzegi żądnymi zdjęć turystami. Miejsce to nie jest więc oazą spokoju i nie ma co liczyć na samotność na pustyni… Nam udało się na szczęście dojechać do kazby Jasmina, położonej jakieś 40 km na wschód od Merzougi. Dojechać tu, zdaniem wszelkich biur podróży można jedynie autem terenowym, bo trzeba się przedrzeć przez kamienistą pustynię – ale Marokańczycy maja coś z nas – są mistrzami improwizacji, jeśli tylko odpowiednio się ich zmotywuje – np. dodatkowymi 200 dirhamami.

Jasmina położona jest przy samym wielkich wydmach. Wystarczy wyjść z jadalni i już jesteście na pustyni. Niespełna godzinę drogi od kazby położone są wielkie, prawie 300 metrowe wydmy. Widok jest z nich przepiękny. Co ważne, nie trzeba spać w hotelu. Można wynająć nocleg w namiotach na pustyni i pomimo, że pustynia jest tuż za rogiem, to i tak wrażenia są doskonałe. My byliśmy jedynymi turystami, którzy zdecydowali się na taką formę noclegu. Pozostali wybrali jednak hotel… a mają czego żałować, bo zostały nam jeszcze resztki polskich trunków. Koszt takiego noclegu to ok. 400 DRh od osoby w tym kolacja i śniadanie – obfite i bardzo smakowite.
Nie ma sensu wybierać się na lotnisko, kiedy nie latają samoloty – tak samo jest z pustynią w południe. To prawie jak okaleczanie własnego ciała. Każdy zdrowy na rozumie wstaje rano, bardzo rano i wdrapuje się na którąś z okolicznych wydm. Nieistotne, na którą, ponieważ widok z każdej jest taki sam. Nie trzeba też nawet wchodzić na sam szczyt. Zdjęcia wschodu czy zachodu słońca ze szczytu wydmy nie są tak sugestywne jak te zrobione niższego poziomu. Zaskakujące – ale sprawdzone.
Natomiast wyjazd na 2 lub 3 dni wielbłądami w głąb pustyni i nocleg rzeczywiście z dala od ludzkich siedzib - to prawdziwa przygoda. Mógłbym długo opisywać, jakie emocje towarzyszą chodzeniu nocą po pustyni, z latarkami, przy porywistym wietrze, kiedy tylko stare dobre narciarskie gogle zapewniają jako taki komfort otwierania oczu, a równocześnie zaciemniają jeszcze bardziej ciemną noc. Nawet siedząc w Boliwii na 5 tysiącach metrów nie widziałem tak rozgwieżdżonego nieba.

Pustynia skłania do refleksji, poważnych rozmów, reminiscencji…, więc ten czas pozostanie z naszych głowach, jako bardzo osobiste przeżycie.
Kiedy już zdecydowaliśmy się ruszyć dalej – za cel obraliśmy sobie dolinę Daades. Kusiły nas opisy w przewodniku zachwalające niezwykłe formacje skalne będące wizytówką tej doliny. Dla nas okazały się tylko etapem dwudniowego marszu, którego punktem centralnym była noc wśród Berberów, mieszkających poza wszelkimi szlakami. Trochę obok cywilizacji – pomimo tego, że mieli do niej zaledwie 6 godzin marszu przez góry. Zdarzało mi się już spać w różnych miejscach, od dżungli w Gwatemali, po rów przy autostradzie w USA – a jednak noc w wykutej grocie w górach Maroka była sporym zaskoczeniem. Pomijam ogromny chłód, czy zwierzęta podchodzące w nocy pod samo wejście – ale ten zapach ziemi i dymu miał w sobie coś niezapomnianego.

Trudno opisać wszystkie emocje, wspomnienia, rozmowy czy klimat podróży, którą odbyliśmy. Zapraszam Was na www.loog.tv, gdzie można zobaczyć filmy z naszej wyprawy, poznać ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze i spojrzeć naszymi oczami na świat, który pokazało nam Maroko. Do zobaczenia więc – mam nadzieję.
Rafał Różański www.loog.tv